... by przedłużyć wrażenia z podróży do wnętrza książki...

„Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953”, Elizabeth Winder



By  Kasia     14:46    Etykiety:,,,, 
 „Dla człowieka, zamkniętego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym, wielkim, złym snem”.

- Sylvia Plath, Szklany klosz


Ponad 50 lat temu ukazała się w Stanach Zjednoczonych jedna z najsłynniejszych powieści XX wieku – „Szklany klosz” Sylvii Plath. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych pozycji literackich. Książka opowiada historię młodziutkiej dziewczyny popadającej w coraz większe zobojętnienie, marazm. 19-letnia Esther Greenwood doznaje głębokiej depresji; dręczą ją stany lękowe i bezsenne noce, obsesyjnie myśli o śmierci. Powieść ta jest w dużej mierze autobiograficzna, a jej początki sięgają gorącego lata 1953 roku, kiedy to nieznana jeszcze nikomu Sylvia dostała szansę na bezcenne doświadczenie zawodowe - staż w magazynie Mademoiselle. Wygórowane ambicje, marzenia i nadzieje na przyszłość rozbijają się tu o mur nowojorskiej rzeczywistości, a rozczarowanie i niemożność zaakceptowania otaczającego jej świata prowadzą do próby samobójczej. Te doświadczenia Sylvia przelała na papier w 1963 roku pod pseudonimem Victoria Lucas. Jeszcze tego samego roku pisarka popełniła samobójstwo.

Elizabeth Winder w swojej książce „Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953” wraca do tego przełomowego momentu w życiu Sylvii, do miesiąca spędzonego w mieście, które nigdy nie śpi, podczas stażu dla „intelektualnego magazynu o modzie” – Mademoiselle. Autorka przedstawia tu Plath jako wesołą, towarzyską dziewczynę, która uwielbiała szalone przygody, dobrą zabawę i umawiała się na niezliczone randki z chłopcami. 


Jest to trochę inny wizerunek niż ten, który z pewnością mają w głowach czytelnicy „Szklanego klosza” lub „Ariel”. Nie twierdzę, że jest to obraz nieprawdziwy, ale muszę przyznać, że nie spodobała mi się teza, którą przez całe 300 stron autorka biografii próbuje udowodnić. Winder twierdzi, że „ta książka jest próbą odczarowania zbanalizowanego wizerunku Plath jako dręczonej przez demony artystki”.  Dlatego sięgając po tę pozycję będziecie usilnie przekonywani jak bardzo Sylvia uwielbiała modę, oliwkę i głęboką opaleniznę na ciele. Przynajmniej jedna trzecia książki poświęcona jest opisom garderoby połowy Nowego Jorku: materiałom, wzorom, kolorom, oraz barwnym mazidłom na twarz czy włosy. W końcu odniosłam wrażenie, że to nie próba odczarowania, a strywializowania jej wizerunku.

„Życie jest tak trudne i tak pędzi, że czasem się zastanawiam, kim jestem… życie mija tak szybko i gwałtownie, że prawie nie nadążasz żyć.”
- Sylvia Plath,  Listy do domu

Mimo to, można się doszukać licznych jaśniejszych promyczków wypływających spod pióra Winder. Wiernie oddany jest tu klimat Nowego Jorku lat 50. XX wieku; miasta gdzie obowiązywały sztywnie określone społeczne nakazy, zakazy i konwenanse. Dziewczęta, które dostały się na staż do poczytnego  magazynu są najlepszym przykładem na to, jakie wówczas panowały oczekiwania względem młodych kobiet: model damy w białych rękawiczkach i eleganckim ubiorze, która ma czas dosłownie na wszystko: naukę, czytanie książek, poszerzanie swoich horyzontów, pracę, regularne pojawianie się na wszelkich imprezach, przyjęciach i bankietach, jednocześnie nie zapominając, że pozycja kobiety w życiu społecznym jest wyraźnie określona jako przykładna żona, matka i gospodyni domowa.

Sylvia jako osoba niezwykle wrażliwa, pragnąca sukcesu, spełnienia własnych marzeń i aspiracji życiowych, ciężko znosiła krytykę innych, oraz własne porażki. Gdy nie przyjęto jej na letni kurs pisania i zauważyła u siebie coraz większe trudności z odbiorem „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, którego czytała do swojej pracy dyplomowej, straciła wiarę we własną zdolność czytania i pisania. Po powrocie ze stażu przeszła załamanie nerwowe.

„Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953” to coś pomiędzy biografią, a współczesnym reportażem. Autorka przyjęła technikę łączenia wspomnień koleżanek Sylvii ze stażu, z krótkimi scenkami opisującymi wydarzenia miesiąca roku 53. Nie zabrakło tu również ciekawostek i faktów dla pasjonatów literatury jakim była Sylvia. Uwielbiała Dylana Thomasa i dostała szansę przeprowadzenia wywiadu z poetką Elizabeth Bowen. W redakcji gazety pojawiali się tacy ludzie jak Truman Capote, William Faulkner czy Tennessee Williams. Jack Kerouac i William S. Burroughs po raz pierwszy byli publikowani na łamach Madamoiselle. Bo jak twierdzi Winder to właśnie ten magazyn odkrył bitników. Po latach, kiedy Sylvia przeprowadziła się do Londynu, mieszkała w starym mieszkaniu W.B. Yeatsa na Fitzroy Road. To właśnie tam 11 lutego 1963 roku, odkręcając gaz w kuchni, Sylvia odebrała sobie życie. Większość najbliższych jej osób, lub tych którzy ją znali, zareagowała z odrazą na „Szklany klosz”,  uznając, że książka przedstawia zupełnie inny obraz Sylvii, niż ten który znali.

Umieranie 
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.

Moja ocena: 3/6


Elizabeth Winder
Sylvia Plath w Nowym Jorku Lato 1953
Wyd. Marginesy 2015
tłum. Magdalena Zielińska

Drogi Czytelniku!

Przede wszystkim cieszę się, że tu jesteś :) Kącik literacki to moje miejsce na dzielenie się wrażeniami z podróży do wnętrza książki. Jeśli i Ty miałeś/miałaś szczęście odbyć podobną wyprawę nie zapomnij wspomnieć o tym w komentarzu poniżej:) Z czasem książki rozpanoszą się po kąciku, a półki zaczną uginać się od ich ciężaru, dlatego mam nadzieję, że będziesz tu zaglądać. Zapraszam!

2 komentarze:

  1. Hm, tą nie do końca pochlebną opinią o tej książce jeszcze bardziej mnie ją zaintrygowałaś :). Bo ja właściwie zawsze – a w każdym razie od czasów lektury dziennika Sylvii, jej listów, no i „Szklanego klosza” – miałam w głowie właśnie taki jej obraz, jako dziewczyny rozrywkowej, dbającej o swój wizerunek, może lekko próżnej, trochę kokietki. I jakoś nigdy nie kłócił mi się ten obraz z tą drugą, mroczną, artystyczną stroną jej osobowości, po prostu to były jakby... dwa niezależne poziomy tej osobowości. Ciekawa więc jestem, czy Winder rzeczywiście przesadziła :).

    A swoją drogą, trudno się dziwić, że Sylvia była tak rozdarta między różnymi ścieżkami w jej życiu (ta wizja z drzewem figowym, bardzo zapadająca w pamięć!), skoro żyła w czasach, gdy forsowano taki model kobiecości – wszystko potrafi, na wszystko ma czas, i jeszcze do tego zawsze pięknie wygląda. Co gorsza, mam wrażenie, że ten model do pewnego stopnia obowiązuje i dziś. A przecież tak się nie da :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka, jak każda. Ma swoje mocne i słabe strony... sama nie wiem, może ja się po prostu za łatwo irytuję jak o ciuchach czytam :) W każdym razie odniosłam wrażenie, że autorka za bardzo skupia się na (przepraszam za wyrażenie) pierdołach, a za mało było tam o rzeczach, które naprawdę są ważne. No ale rozumiem, że taki właśnie był zamysł.

      Ale nie mówię, że mi się całkiem nie podobało. Parę nowych rzeczy też się dowiedziałam :) np. to o bitnikach i że pisali do tego typu magazynów, było dla mnie zaskoczeniem.

      Pamiętam, że jak czytałam "Szklany klosz" czy "Listy do domu" to zdecydowanie skupiona byłam na tym aspekcie psychologicznym, na kwestiach związanych z samą chorobą... być może tu zwyczajnie zaskoczyła mnie i zniechęciła proporcja tego co mnie faktycznie interesuje w życiu Sylvii do tego co mnie zwyczajnie nudzi.

      W każdym razie bardzo szybko się to czytało, także jak już przeczytasz Aniu to też się podziel obserwacjami, bo jestem ciekawa.

      Usuń