... by przedłużyć wrażenia z podróży do wnętrza książki...


 Kiedy za oknem szaro, buro i ponuro, a jesienna plucha wbija w fotel i nie pozwala wyłonić nosa za drzwi mieszkania, nie pozostaje nic innego jak otulić się ciepłym kocem, wziąć kubek pysznej kawy lub herbaty i czytać: o egzotycznych, tropikalnych puszczach, płonącym słońcu, ciężkim, wilgotnym powietrzu i dzikich plemionach, zamieszkujących gdzieś odległe krańce świata. Taki właśnie klimat niesie powieść „Euforia”, amerykańskiej pisarki Lily King. Ta mocna i rzeczowa książka opowiada o zderzeniu cywilizacji, spotkaniu dwóch zupełnie różnych światów i zasad, które nimi rządzą. Częściowo jest oparta na faktach, w dużej mierze ubarwiona bogatą wyobraźnią autorki. Osią samej fabuły są jednak skomplikowane relacje między ludźmi… a zwłaszcza między trójką ludzi. 

Ale zanim do samej historii przejdę, warto wspomnieć o pewnej ważnej postaci, która stała się inspiracją do powstania książki. Jest to znana i dość kontrowersyjna antropolog Margaret Mead,  która w 1932 roku, wraz z mężem Reo Fortunem zdecydowała się na wyjazd do Nowej Gwinei, aby przeprowadzić badania nad plemionami zamieszkującymi okolice rzeki Sepik. Już we wcześniejszych latach, Mead niejednokrotnie zagłębiała się na tereny Oceanii - przedmiotem jej zainteresowań naukowych była kultura ludów pierwotnych. Jej głośne publikacje Dojrzewanie na Samoa (1928) i Dorastanie na Nowej Gwinei (1930) przyczyniły się do rewolucji seksualnej lat 60. XX wieku. Podczas poszukiwań nowego tematu badawczego w Nowej Gwinei, Mead i Fortune spotkali swojego kolegę po fachu, biologa Gregorego Batesona. Spotkanie to na zawsze odmieniło życie tej trójki. Stało się również motywem przewodnim „Euforii”.

Margaret Mead i Gregory Bateson przy pracy

 King udało się tu odmalować parne wyspy Oceanii, oraz stworzyć mocne i wyraziste postaci: Nell, Fen i Bankson to trójka antropologów zajmująca się badaniem zwyczajów innych kultur. Nell to kobieta silna i ambitna, oddana swojej pracy i pasji. Jest skrupulatnym i drobiazgowym obserwatorem, któremu nie umknie nawet najmniejszy szczegół. Jej mąż Fen to typowy samiec alfa. Jest utalentowany, świetnie włada językami i obsesyjnie stara się znieść wszelkie bariery, które go ograniczają. Do ich świata przepełnionego zapiskami naukowymi, oraz wszechobecnym zmysłem obserwacji pewnego dnia wkracza cichy, spokojny i udręczony samotnością Bankson. Pragnie pomóc młodemu małżeństwu odnaleźć plemię do badań. W tak małym, ciasnym, wręcz klaustrofobicznym środowisku relacja pomiędzy tą trójką staje się niezwykle skomplikowana. Wzajemna fascynacja przeradza się w pożądanie, to z kolei budzi zazdrość i agresję. Niejednokrotnie, te prymitywne odczucia odnajduje w sobie i swoich kolegach Nell; emocje, które antropolożka miała okazję zaobserwować podczas badań nam mieszkańcami wioski. King przewrotnie uczyniła tutaj naukowców obiektem wnikliwej obserwacji czytelnika. Obnażyła ludzkie słabości, ułomności i wady, nie zapominając, by przedstawić również siłę empatii, zrozumienia, przyjaźni i miłości. Dała nam wgląd w pracę antropologów. 

Proza King jest gęsta od emocji, soczysta, literacko wysmakowana. Jej styl pisania przejawia się surowością opisu, epatowaniem czytelnika szeregiem odrażających detali, przywoływaniem drastycznych scen.  Język jest niezwykle naturalistyczny, dosadny. „Euforia” rozpala wyobraźnię i wciąga w dzikie puszcze. To książka która zasługuje na uwagę, choć wydaje się być bardzo niepozorna, potrafi zahipnotyzować, zainteresować i skłonić do dalszych poszukiwań na ten temat antropologii i Margaret Mead.

Moja ocena: 4,5/6 

Lily King
Euforia
wyd. Rebis
tłum. Ewa Ledóchowicz
„Jak woda świat przez ciebie przepływa i na jakiś czas użycza ci swych kolorów. Potem się cofa i znowu cię zostawia samego z tą pustką, którą nosisz w sobie, z czymś w rodzaju organicznej niewydolności duszy, z którą trzeba nauczyć się żyć, którą trzeba zwalczać a która paradoksalnie stanowi być może naszą najsilniejszą sprężynę działania”.

  - Nicolas Bouvier, Oswajanie świata


Zamykam oczy i próbuję sobie przypomnieć wszystkie najbardziej klimatyczne i fascynujące miejsca w jakich w życiu byłam. W części tych miejsc znalazłam się realnie i namacalnie, czując dreszcz przygody i podróży ku nieznanemu. Do tej drugiej połowy należą miejsca, w które odbyłam podróż, ale tylko mentalnie… towarzysząc zazwyczaj jakiemuś bohaterowi literackiemu lub pisarzowi. Niemniej jednak nie uważam, aby taka podróż była mniej wartościowa. Bo dobry pisarz potrafi w swoim dziele odbić świat niczym w lustrze. Dobry pisarz wzbudza w Tobie cały wachlarz emocji, rozpala wyobraźnię, zmusza do refleksji. Takim moim ostatnim odkryciem jest szwajcarski pisarz i podróżnik Nicolas Bouvier. Sądzę, że każdy kogo zamiłowaniem są książki i podróżowanie, kto ciekawy jest świata i ludzi, powinien odkryć walory jego niezwykłej powieści zatytułowanej „Oswajanie świata”.

Mniej więcej w tym samym czasie kiedy Jack Kerouac i jego przyjaciele rozbijali się po Stanach Zjednoczonych, dając początek nowemu nurtowi w kulturze i stając się wzorem do naśladowania dla niejednego zbuntowanego nastolatka, Europa również zyskała sobie swojego obieżyświata - głodnego ruchu, przygód i poszukiwań duchowych. Był nim Nicolas Bouvier, dla którego już od dziecka świat jawił się jako niezwykle pociągające miejsce. To między innymi za sprawą literatury obudził w sobie tę ciekawość. Od najmłodszych lat zaczytywał się w powieściach takich autorów jak R.L. Stevenson, Juliusz Verne, czy Jack London. W domu, na kolacjach często gościli znani, niemieccy pisarze: Tomasz Mann, oraz Herman Hesse. W końcu za namowami ojca rozpoczął swoje pierwsze krótsze podróże do Finlandii, Norwegii, czy na Saharę.

 
W 1953 roku, Bouvier i jego przyjaciel Thierry Vernet wyruszyli z Genewy małym, wolnym i niezbyt funkcjonalnym Fiatem „Topolino” z zamiarem dotarcia do Azji. Przemierzyli Jugosławię, Grecję, Turcję, Iran, Kurdystan, Pakistan, Afganistan, Indie i Cejlon. Podróż mająca trwać jakieś 2 lata nagle przeobraziła się w trzyletni sposób na życie, mimo że pieniędzy starczyło im zaledwie na pierwsze 4 miesiące. Pokonując liczne przeszkody, zupełnie poddali się losowi i temu co podróż oraz życie przyniosą. Kiedy podczas zimy, śnieg zasypał drogi do tego stopnia, że były nieprzejezdne, utknęli w małej miejscowości na dłuższy czas, chociaż wcale nie mieli tego w planach; tam – żyli, pracowali, zarabiali. Bouvier, podróżując,  przede wszystkim kierował się sentencją, że "wszędzie tam, gdzie żyją ludzie, tam przeżyje podróżnik”. To pozwoliło mu poznać zwyczaje lokalnych mieszkańców.

Nad zebraniem swoich zapisków w kompletną książkę i dotarciem do sedna swej podróży, pisarz pracował jakieś siedem lat. Jednak zaraz po wydaniu w 1963 roku, powieść okrzyknięta została przez wielu dekalogiem podróżowania. Według autora, aby „oswoić” sobie świat, podróżnik jest zmuszony do zrezygnowania z bagażu doświadczeń zdobytych w miejscu, w którym się wychowywał, w którym dorastał. Aby w pełni zrozumieć życie codzienne lokalnych mieszkańców, należy wyzbyć się stereotypowego myślenia, wszelkich przyzwyczajeń i otworzyć umysł na to co może nas spotkać. Bouvier opowiada zajmujące historie o życiu jakie zobaczył, o ludziach, których poznał, o emocjach, które towarzyszyły mu w tej podróży. Te zapiski to dość specyficzna literatura podróżnicza. Jednak największą siłą tej książki jest styl: rozbrajająco szczery, ludzki, oraz bogaty w plastyczne opisy, które pozostawiają w Twojej głowie obrazy cygańskich taborów w Jugosławii, przesiąkniętych błotem bazarów w Kurdystanie, malowniczych pustyni, bezdroży, wiosek i gór.


Zdecydowanie podziwiam ludzi dla których nie ma rzeczy niemożliwych. Tych którzy spełniają własne marzenia i przy tym wzywają resztę ludzkości do przekraczania wszystkich granic: granic ludzkiego rozumu, granic wyznaczonych przez skonwencjonalizowany świat. To właśnie znalazłam w twórczości Bouviera. „Oswajanie świata” to nie tylko bardzo interesujący i wartościowy zapis przeprawy przez Azję. To zbiór wrażeń autora, jego przeżyć, doznań i przemyśleń; od swoich refleksji często przechodzi płynnie w rozważania filozoficzne. Bouvier zmusza do spojrzenia na świat i ludzi z nieco innej perspektywy. Pięknie ukazuje tam siłę i potęgę przyjaźni, serdeczność ludzi, wiarę w jutro i we własną moc i przede wszystkim ciekawy pejzaż świata w którym żyjemy. Po jego lekturze ma się ochotę wsiąść w samochód i ruszyć przed siebie.
*** 
„Po moim powrocie wielu ludzi, którzy nigdy nie wyjeżdżali, mówiło mi, że przy odrobinie wyobraźni i skupienia podróżują równie dobrze, nie odrywając tyłka od krzesła. Chętnie im wierzę. To są siłacze. Ja – nie. Ja za bardzo potrzebuję tego namacalnego oparcia, jakim jest przemieszczanie się w przestrzeni. Zresztą na szczęście świat rozpościera się szeroko dla słabeuszy i przychodzi im z pomocą, a kiedy tym światem, jak w niektóre wieczory na drodze Macedonii, jest księżyc po lewej ręce, srebrzyste strugi Morawy po prawej i perspektywa poszukiwania za linią horyzontu jakiegoś miasteczka, gdzie można by spędzić następne trzy tygodnie, bardzo mnie cieszy, że nie mogę się bez tego świata obejść”. 

 Moja ocena: 4/6


Nicolas Bouvier
Oswajanie świata
wyd. Noir Sur Blanc
tłum. Krystyna Arustowicz

„Jestem wolnym duchem, który nigdy nie miał dość odwagi na wolność.”

- Cheryl Strayed, Dzika droga. Jak odnalazłam siebie.


Założony w 1968 roku wysokogórski szlak Pacific Crest Trail, decyduje się przejść rocznie około 300 śmiałków. Nie są ich w stanie odstraszyć chłód, głód, dzikie zwierzęta czy też fizyczne wyczerpanie organizmu po tak długiej wędrówce. Bo to, co można znaleźć na ponad 4000 km trasy z pewnością jest w stanie wynagrodzić wszelki trud i wysiłek, a zdobyte doświadczenie może zmienić czyjeś życie, raz na zawsze. Tak właśnie było z Cheryl Strayed, amerykańską pisarką, która w 1994 roku, mając zaledwie dwadzieścia parę lat zdecydowała się zmierzyć z własnymi lękami, uporać z przeszłością i odnaleźć własną drogę do szczęścia w dziczy.

„Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” to niezwykle szczera i osobista opowieść o życiu, które autorka przedstawia nam poprzez szereg wspomnień i retrospekcji. Brak ojca, oraz wczesna śmierć matki rzucają cień na wszelkie plany życiowe młodej Cheryl. Dziewczyna  nie może pogodzić się z utratą ukochanej osoby, nie potrafi zmierzyć się z bólem i cierpieniem, które niesie za sobą żałoba, przez co wpada w emocjonalną skrajność, rozwiązłość i uzależnienie od narkotyków. Krzywdzi tym siebie i wszystkich jej bliskich. Aby uciec od tak przytłaczającej rzeczywistości postanawia przejść szlak Pacific Crest Trial, na który natknęła się w jakimś przewodniku całkiem przypadkiem. 

I tu właściwie zaczyna się piękna historia o tym jak poprzez podróż można odnaleźć sens życia. Cheryl przemierza 4000 km w zbyt ciężkim plecaku i zbyt małych butach. Narażona jest często na prawdziwe katusze, wyczerpanie, głód, czy też fizyczny ból, który dla niej i tak okazuje się być bardziej do zniesienia niż jej ból psychiczny. Wie jednak, że wędrówka to nie tylko jej terapia, ale i pokuta. Pragnie znowu być silną, niezależną kobietą i przede wszystkim odpowiedzialną osobą.

Na szlaku odnajduje lekarstwo, aby zabliźnić swoje rany - piękną, dziką przyrodę: gorące pełne kurzu i kaktusów pustynie, niebezpieczne ośnieżone szczyty górskie i czarujące, różnorodne lasy. Aby zapomnieć o samotności i zabić czas, kiedy nie wędruje, Cheryl czyta: tomik poezji Adrianne Rich „The Dream of a Common Language”, „Kiedy umieram” Faulknera, „Lolitę” Nabokova, „Dublińczyków” Jamesa Joyca. Na każdym z przystanków odnajduje pudło z żywnością, banknotem 20-dolarowym i książką, która koi duszę, dotrzymuje towarzystwa, zmusza do przemyśleń lub przywołuje wspomnienia. 

„Dzika droga” nie jest ambitną literaturą, a raczej książką którą można by zaliczyć do kategorii „lekkie, łatwe i przyjemne”. Niemniej jednak bardzo przypadła mi do gustu,  przyniosła pewnego rodzaju ukojenie i nadzieję. Z jej stron bije szczerość i optymistyczny ton rozważań o tym co w życiu jest najważniejsze. To ciekawa pozycja i z całą pewnością niezwykle inspirująca. Po jej lekturze ma się nieodpartą chęć ruszenia z plecakiem na szlak.


Moja ocena: 4/6 

Cheryl Strayed
Dzika droga. Jak odnalazłam siebie
Wydawnictwo Znak literanova
Tłum. Joanna Dziubińska

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
- Mark Twain


Czasem rodzi się we mnie głęboka potrzeba odkrywania nowego. Za oknem robi się coraz cieplej i zieleniej, a mi od wielu dni chodzi po głowie tylko jedna myśl: żeby uciec z miasta gdzieś daleko. O tym, że podróże kształcą i kształtują nie trzeba nikogo przekonywać. To najlepszy sposób na poznanie świata, innych kultur i ludzi, lub po prostu siebie. Podróże uczą pewnej elastyczności, samodzielności, tolerancji i umiejętności adaptacji. Mogą naprawdę zmienić człowieka. Często właśnie powodem, dla którego ludzie decydują się rzucić wszystko i wybyć w nieznane jest właśnie taka potrzeba zmiany. Bo w nowych sytuacjach, w samotności możemy wniknąć w głąb siebie i zrozumieć lepiej.

Przedstawiam Wam dziś 10 książek, które już od spojrzenia na same okładki inspirują mnie do podróży, lub działają kojąco (do momentu, aż nadarzy się okazja, by zarzucić plecak i ruszyć w drogę).

1. „Na zachód od Alice Springs” – Robyn Davidson


W 1977 roku, dwudziestoparoletnia Robyn Davidson zdecydowała się odbyć niesamowitą podróż. Samotnie przemierzyła 2700 km pustynnej Australii, wyruszając z samego serca kontynentu Alice Springs, aby dotrzeć do Oceanu Indyjskiego.  Może jednak nie do końca samotnie, bo towarzyszyli jej wierny psiak i cztery juczne wielbłądy. Zanim jednak wyruszyła, przez dwa lata pracowała na farmie wielbłądów, by poznać tajemnicę garbatych zwierząt, aby nauczyć się opieki nad nimi i zwyczajów ich życia. Jej książka przedstawia surowe piękno Australii; Uluru będące świętym miejscem dla aborygenów, okoliczne zwyczaje, wierzenia. Pokazuje trud wędrówki, możliwość osiągnięcia całkowitej wolności, a także obrazuje w jaki sposób człowiek może poznać samego siebie. PODRÓŻ PRZEZ AUSTRALIĘ.

2. „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” – Cheryl Strayed


Pacific Crest Trail to szlak turystyczny wiodący przez zachodnią część Stanów Zjednoczonych, od Meksyku po Kanadę. Dla osoby pragnącej zmierzyć się z PCT jest to ponad 4000 km  wyczerpującej wędrówki przez 3 stany: Kalifornię, Oregon i Waszyngton, dwadzieścia pięć lasów, siedem parków narodowych i ponad 1100 kilometrów pustyni. Dla młodej wówczas Cheryl Strayed, która wyruszyła w tę podróż w pojedynkę, była to próba zmierzenia się z własnymi słabościami, lękami, walka z samotnością i sobą samą. Trzy miesiące wśród dzikiej przyrody, z plecakiem ważącym połowę tego co ona sama, z licznymi pęcherzami, obtarciami, siniakami i strupami, oraz mnóstwem czasu, by przeanalizować swoje dotychczasowe życie pomogło Cheryl wrócić na odpowiednią drogę życia. PODRÓŻ PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE - ZACHODNIE WYBRZEŻE.

3. „Wszystko za życie” – Jon Krakauer


„Wszystko za życie” to niezwykle smutna i przejmująca opowieść o Chrisie McCandlessie, młodym idealiście, który po skończeniu studiów postanowił oddać swój majątek na cele charytatywne, oraz porzucić wygodne życie i obiecującą karierę. Chris wychowany na powieściach Jacka Londona, Henry’ego Davida Thoreau i Lwa Tołstoja chce uciec od ludzi, od cywilizacji, od konsumpcyjnego stylu życia. Podróżował przez Arizonę, Kalifornię, Południową Dakotę… aż trafił na Alaskę, która niestety okazała się być jego ostatnim przystankiem. PODRÓŻ PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE I ALASKĘ.

„Dwa lata wędruję po świecie. Żadnego telefonu, żadnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnych papierosów. Totalna wolność. Esteta, podróżnik którego domem jest droga. Uciekł z Atlanty. Nie będziesz powracał, pamiętaj sobie, najlepiej jest na zachodzie. Teraz, po dwóch latach wędrówki, nadchodzi najważniejsza i największa przygoda. Ostateczny bój, aby zabić fałszywe istnienie wewnętrzne i zwycięsko zakończyć rewolucję duchową. Dziesięć dni i nocy w pociągach towarowych i autostopem przywiodło go na wielką, białą północ. Nie będzie już zatruwany przez cywilizację, od której ucieka; wchodzi samotnie w krainę, by zagubić się w dziczy. Alexander Supertramp, maj 1992”

4. „Walden, czyli życie w lesie” – Henry David Thoreau


To niezaprzeczalny klasyk literatury amerykańskiej. Thoreau, pisarz i filozof, zainspirowany naukami swojego mentora, Emersona (również przedstawiciela transcendentalizmu), postanawia przeprowadzić pewien eksperyment i samotnie zamieszkać nad stawem Walden. Prowadzi życie w zgodzie z naturą, buduje chatę w lesie, uprawia ziemię, łowi ryby. W swoich esejach krytykuje ówczesny świat, konsumpcjonizm, bezmyślność i destrukcyjność ludzi. Przewodnią myślą Thoreau było: "Ludzie gromadzą skarby, które zostaną pożarte przez mole albo rdzę lub ukradzione przez złodziei. Prowadzą życie głupców, o czym się przekonają, gdy dobrną do końca, a może wcześniej". PODRÓŻ W GŁĄB LASU.

5. „W drodze” – Jack Kerouac


Skoro podróż to najlepiej autostopem. W nieznane. Bez grosza przy duszy, za to z szaleństwem w oczach. Tak właśnie robili bitnicy. Tułali się od miasta do miasta po Stanach Zjednoczonych buntując się wobec kultury masowej. Anarchia, indywidualizm, alkohol, narkotyki i filozofia Wschodu… ale przede wszystkim droga. Prowadząca donikąd, lub wszędzie. PODRÓŻ PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE I MEKSYK.
– Mamo, co to za pan?
– A, to taki tramp.
– Mamuś, ja też chcę zostać trampem.

6. „Wszystko jest iluminacją” – Jonathan S. Foer


„Wszystko jest iluminacją” to między innymi świetna powieść drogi. Główny bohater, Jonathan, wyrusza ze Stanów Zjednoczonych na Ukrainę, by odnaleźć kobietę z fotografii dziadka, która uratowała jego życie w czasie II Wojny Światowej. Jako swojego przewodnika wybiera młodego chłopaka Aleksa, którego znajomość języka angielskiego pozostawia dużo do życzenia. Podczas podróży dochodzi do wielu zabawnych sytuacji, pomyłek, różnic kulturowych. I choć tak naprawdę nie jest to książka, przy której będziecie się śmiać do ostatniej strony, to i tak zauroczy Was zderzenie rzeczywistości ukraińskiej z kulturą amerykańską, pomieszanie humoru z powagą. PODRÓŻ PRZEZ UKRAINĘ.

7. „Podróże z Charleyem” – John Steinbeck


Kultowy amerykański pisarz i jego pies pudel. Razem zapuszczają się w głąb Ameryki, by poznać Amerykanów,  ich codzienne życie i problemy. Steinbeck skupia się na ludziach, zauważa  oblicze rasizmu, nietolerancji. Sprawdza  jak bardzo zmieniły się poszczególne stany z biegiem czasu i jaki jest stan kraju, o którym tak często pisał. „Podróże z Charleyem” pozwalają zwiedzić Stany Zjednoczone, odwiedzić San Francisco, czy też rozkoszować się Parkiem Yellowstone. PODRÓŻ PRZEZ WIELE INTERESUJĄCYCH MIEJSC W STANACH ZJEDNOCZONYCH.

8. „Shantaram” – Gregory David Roberts


„Shantaram” to po części historia oparta na prawdziwych zdarzeniach, a po części fikcja literacka. Jest to opowieść pewnego Australijczyka, który po tym jak dokonał napadu na bank, zostaje pozbawiony wolności. Ucieka z więzienia i po długiej tułaczce trafia do  Indii, gdzie zaczyna nowe, barwne życie bogate w różne niebezpieczeństwa, porachunki gangsterskie, nielegalne interesy. „Shantaram” pozwala zasmakować Indii, oraz kultury i filozofii Dalekiego Wschodu. Książka zdecydowanie zachęca do zgłębiania obcych kultur. PODRÓŻ PRZEZ INDIE.

9. „Wielki bazar kolejowy” – Paul Theroux


Wielka Brytania, Jugosławia, Turcja, Afganistan, Indie… 22 kraje przejechane w pociągu. Theroux snuje dość osobistą historię o czteromiesięcznej podróży, którą odbył Orient Expressem i koleją transsyberyjską. Opowiada o ludziach, których spotkał, zapachach, smakach i dźwiękach, które mu towarzyszyły, maluje obrazy egzotycznych miejsc, dusznych przedziałów pociągowych i ich korytarzy. Autor stworzył swoją małą encyklopedię lokalnych zwyczajów, różnych kultur, oraz mentalności ludzi. PODRÓŻ PRZEZ AZJĘ.

10. „Zielone wzgórza Afryki” – Ernest Hemingway


Wspomnienia Hemingwaya z safari i jego polowań w afrykańskim buszu to powieść z pogranicza literatury podróżniczej, łowieckiej i przygodowej. „Zielone wzgórza Afryki” to również portret zapierającej dech w piersiach dzikiej przyrody, zachodów słońca nad sawanną, licznych nieokiełznanych zwierząt. PODRÓŻ DO AFRYKI.

A Wy macie jakieś ulubione książki, które inspirują Was do podróży? Lub książki, w które uciekacie przed całym światem?
 „Dla człowieka, zamkniętego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym, wielkim, złym snem”.

- Sylvia Plath, Szklany klosz


Ponad 50 lat temu ukazała się w Stanach Zjednoczonych jedna z najsłynniejszych powieści XX wieku – „Szklany klosz” Sylvii Plath. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych pozycji literackich. Książka opowiada historię młodziutkiej dziewczyny popadającej w coraz większe zobojętnienie, marazm. 19-letnia Esther Greenwood doznaje głębokiej depresji; dręczą ją stany lękowe i bezsenne noce, obsesyjnie myśli o śmierci. Powieść ta jest w dużej mierze autobiograficzna, a jej początki sięgają gorącego lata 1953 roku, kiedy to nieznana jeszcze nikomu Sylvia dostała szansę na bezcenne doświadczenie zawodowe - staż w magazynie Mademoiselle. Wygórowane ambicje, marzenia i nadzieje na przyszłość rozbijają się tu o mur nowojorskiej rzeczywistości, a rozczarowanie i niemożność zaakceptowania otaczającego jej świata prowadzą do próby samobójczej. Te doświadczenia Sylvia przelała na papier w 1963 roku pod pseudonimem Victoria Lucas. Jeszcze tego samego roku pisarka popełniła samobójstwo.

Elizabeth Winder w swojej książce „Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953” wraca do tego przełomowego momentu w życiu Sylvii, do miesiąca spędzonego w mieście, które nigdy nie śpi, podczas stażu dla „intelektualnego magazynu o modzie” – Mademoiselle. Autorka przedstawia tu Plath jako wesołą, towarzyską dziewczynę, która uwielbiała szalone przygody, dobrą zabawę i umawiała się na niezliczone randki z chłopcami. 


Jest to trochę inny wizerunek niż ten, który z pewnością mają w głowach czytelnicy „Szklanego klosza” lub „Ariel”. Nie twierdzę, że jest to obraz nieprawdziwy, ale muszę przyznać, że nie spodobała mi się teza, którą przez całe 300 stron autorka biografii próbuje udowodnić. Winder twierdzi, że „ta książka jest próbą odczarowania zbanalizowanego wizerunku Plath jako dręczonej przez demony artystki”.  Dlatego sięgając po tę pozycję będziecie usilnie przekonywani jak bardzo Sylvia uwielbiała modę, oliwkę i głęboką opaleniznę na ciele. Przynajmniej jedna trzecia książki poświęcona jest opisom garderoby połowy Nowego Jorku: materiałom, wzorom, kolorom, oraz barwnym mazidłom na twarz czy włosy. W końcu odniosłam wrażenie, że to nie próba odczarowania, a strywializowania jej wizerunku.

„Życie jest tak trudne i tak pędzi, że czasem się zastanawiam, kim jestem… życie mija tak szybko i gwałtownie, że prawie nie nadążasz żyć.”
- Sylvia Plath,  Listy do domu

Mimo to, można się doszukać licznych jaśniejszych promyczków wypływających spod pióra Winder. Wiernie oddany jest tu klimat Nowego Jorku lat 50. XX wieku; miasta gdzie obowiązywały sztywnie określone społeczne nakazy, zakazy i konwenanse. Dziewczęta, które dostały się na staż do poczytnego  magazynu są najlepszym przykładem na to, jakie wówczas panowały oczekiwania względem młodych kobiet: model damy w białych rękawiczkach i eleganckim ubiorze, która ma czas dosłownie na wszystko: naukę, czytanie książek, poszerzanie swoich horyzontów, pracę, regularne pojawianie się na wszelkich imprezach, przyjęciach i bankietach, jednocześnie nie zapominając, że pozycja kobiety w życiu społecznym jest wyraźnie określona jako przykładna żona, matka i gospodyni domowa.

Sylvia jako osoba niezwykle wrażliwa, pragnąca sukcesu, spełnienia własnych marzeń i aspiracji życiowych, ciężko znosiła krytykę innych, oraz własne porażki. Gdy nie przyjęto jej na letni kurs pisania i zauważyła u siebie coraz większe trudności z odbiorem „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, którego czytała do swojej pracy dyplomowej, straciła wiarę we własną zdolność czytania i pisania. Po powrocie ze stażu przeszła załamanie nerwowe.

„Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953” to coś pomiędzy biografią, a współczesnym reportażem. Autorka przyjęła technikę łączenia wspomnień koleżanek Sylvii ze stażu, z krótkimi scenkami opisującymi wydarzenia miesiąca roku 53. Nie zabrakło tu również ciekawostek i faktów dla pasjonatów literatury jakim była Sylvia. Uwielbiała Dylana Thomasa i dostała szansę przeprowadzenia wywiadu z poetką Elizabeth Bowen. W redakcji gazety pojawiali się tacy ludzie jak Truman Capote, William Faulkner czy Tennessee Williams. Jack Kerouac i William S. Burroughs po raz pierwszy byli publikowani na łamach Madamoiselle. Bo jak twierdzi Winder to właśnie ten magazyn odkrył bitników. Po latach, kiedy Sylvia przeprowadziła się do Londynu, mieszkała w starym mieszkaniu W.B. Yeatsa na Fitzroy Road. To właśnie tam 11 lutego 1963 roku, odkręcając gaz w kuchni, Sylvia odebrała sobie życie. Większość najbliższych jej osób, lub tych którzy ją znali, zareagowała z odrazą na „Szklany klosz”,  uznając, że książka przedstawia zupełnie inny obraz Sylvii, niż ten który znali.

Umieranie 
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.

Moja ocena: 3/6


Elizabeth Winder
Sylvia Plath w Nowym Jorku Lato 1953
Wyd. Marginesy 2015
tłum. Magdalena Zielińska

Czym jest jawa, jeśli nie interpretowaniem snów, albo i śnienie jeśli nie interpretowaniem jawy?

Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją


Jonathan Safran Foer zdecydowanie wie jak przykuć uwagę czytelnika. Wystarczyło, że spojrzałam na tytuł i miałam już milion pomysłów na temat tego, czego może dotyczyć ta książka. Jak się później okazało, żaden z nich nie był trafiony. Spodziewałam się mocno surrealistycznej podróży, lub czegoś podobnego do świata jaki tworzył w swoich dziełach Bruno Schulz, którego młody amerykański pisarz jest wielkim fanem. Mimo to, Foer nie zawodzi, a wręcz przeciwnie – zaskakuje jeszcze bardziej. W swojej debiutanckiej powieści „Wszystko jest iluminacją” pisarz miesza rzeczywistość z fikcją, komedię z tragedią.  Wykazał się tak niebanalnym podejściem literatury, że naprawdę można się zachwycić wspaniałym pomysłem na fabułę i nieszablonową konstrukcją.

Książka skrywa w sobie więcej niż jedną historię i jeden głos narracyjny. Pierwszy, któremu się przysłuchujemy należy do Aleksa Perczowa z Odessy. Aleks jako przewodnik i niezbyt kompetentny tłumacz próbuje pomóc młodemu Amerykaninowi żydowskiego pochodzenia w odnalezieniu miejscowości o nazwie Trachimbrod, w której przed wojną żyli jego przodkowie. Tym młodzieńcem okazuje się być sam Jonathan Safran Foer (tak! autor zrobił z siebie bohatera własnej książki!). Jonathan uzbrojony w starą fotografię kobiety, która prawdopodobnie uratowała jego dziadka w czasie II Wojny Światowej, chce do niej dotrzeć, poznać swoje korzenie i… podziękować. Za to, że dzięki niej sam mógł się urodzić.

Podróż do nieistniejącej już miejscowości szybko przemienia się w prawdziwą komedię pomyłek. Wszystko dlatego, że tym dwóm towarzyszą jeszcze dziadek Aleksa (jako „niedowidzący” kierowca), oraz nadpobudliwa i „obłąkańcza” suczka - przewodniczka Sammy Davis Junior Junior. W tak ekscentrycznym gronie musi w końcu dojść do zabawnych różnic kulturowych, tudzież prawdziwej przepaści pokoleniowej.

Drugi głos w powieści należy do Jonathana, który spisuje pełną magii, fikcyjną historię ukraińskiego sztetla, Trachimbrodu. W książce, którą pisze próbuje odtworzyć mapę życia swoich przodków, oraz mieszkańców miasteczka, cofając się w czasie do lat 1791 – 1941. Są to różne epizody przedstawiające życie codzienne, nieraz wstrząsające, nieraz wzruszające, czasem też nawet zabawne.

Te ścieżki narracyjne zbiegają się w końcu w jedną zgłębiającą tematy ważne i trudne. Nagle uświadamiamy sobie, że nie tylko bohaterowie doświadczają iluminacji. Im bardziej brniemy w powieść, tym bardziej oddalamy się od humorystycznych absurdów i przekonujemy się, że kryją one głębszy sens. Foer nie boi się pisać o doświadczeniach wojny i Holokauście, stawia fundamentalne pytania: kim jesteśmy? Co tu robimy? Zmusza do głębszych refleksji na tematy takie jak pamięć, tożsamość i miłość. A przy tym wszystkim jego styl pisania jest niezwykle atrakcyjny, świeży i innowacyjny. Język powieści jest dosadny, sugestywny i ubarwiony wschodnim dialektem, co niejednokrotnie wywołuje uśmiech na twarzy (ukłony dla tłumacza!).

Moja ocena: 6/6


Jonathan Safran Foer
Wszystko jest iluminacją
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003
Tłum. Michał Kłobukowski


„(...) szaleństwo stawało się akceptowalne, o ile było dość szalone i trwało dostatecznie długo.”
 - Bernice Rubens, Wybrany


Walia jest bliska memu sercu. Miałam możliwość przez chwilę pomieszkać w tym uroczym, zielonym zakątku Wielkiej Brytanii, który posiada nie tylko barwną historię, ale i niezwykle bogatą kulturę. Dlatego z zatrwożonym sercem stwierdzam jak niewiele wiem o literaturze walijskiej. Dosłownie na palcach jednej ręki mogę policzyć nazwiska autorów, którzy kojarzą mi się z krajem czerwonego smoka. Sądzę, że jest to w dużej mierze spowodowane luką na polskim rynku wydawniczym. Ze sklepowych witryn łypią na czytelników okładki książek Sary Waters lub Kena Folleta. Tyle. Oczywiście jest jeszcze Dylan Thomas, ale o dostępność jego dzieł trzeba by zawalczyć w zakurzonych zakamarkach bibliotek lub antykwariatów. Na szczęście, jakiś czas temu, polskim czytelnikom zostało zaprezentowane jeszcze jedno nazwisko warte uwagi: Bernice Rubens, która za swoją powieść „Wybrany” otrzymała nagrodę Bookera w 1970 roku.

Świat przedstawiony w powieści można w jakimś stopniu porównać do tego jaki zwykł malować Franz Kafka. Świat podzielony na dwa bieguny: absurd sytuacji i logikę. Bo oto Norman Zweck, inteligentny, młody, dobrze rokujący prawnik wszędzie widzi rybiki cukrowe. Natrętne myśli o maleńkich, srebrzystych robaczkach wędrujących sobie po ciemnych zakamarkach mieszkania bezustannie wracają do niego i nie odstępują nawet na chwilę.  Każda próba powstrzymania się od nich wiąże się z narastającym lękiem, lub niepokojem. W takiej chwili Norman chwyta pościel i biegnie do łazienki zalać ją gorącą wodą. Własne ciało traktuje butelką Dettolu i małymi okrągłymi tabletkami. Norman cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, uzależnienie od narkotyków, a także na „własną rodzinę”.

„[…]o ile […] pacjenci doznali zaburzeń, to nader często właśnie ich rodziny okazywały się zaburzające.”

Bernice Rubens udało się zamknąć ciekawy temat w niebanalnej konstrukcji. „Wybrany” to jakby poznawanie losów bohatera trochę od końca. Już od pierwszej strony dobrze wiemy, co przydarzyło się Normanowi: szaleństwo i uzależnienie. Ze smutkiem przyglądamy się konsekwencjom jego czynów: rozbitemu ojcu, oraz sfrustrowanej siostrze. Im bardziej się zagłębiamy w powieść, tym mocniej dociekamy przyczyn takiego stanu rzeczy. Pisarka fenomenalnie odkrywa przed nami tajemnice rodzinne, oraz toksyczne więzi między poszczególnymi bohaterami.


Bernice Rubens świetnie maluje portrety swoich bohaterów, niezwykle subtelnie i trafnie obrazuje ich uczucia, świat wewnętrzny, kreśli zagadki zranionych i zagubionych umysłów, tym samym budząc w czytelniku współczucie i zrozumienie zarazem. Żeby było jeszcze ciekawiej, takie mieszane uczucia przełamywane są uśmiechem. Niełatwy temat, Rubens okropiła odrobiną groteski i szczyptą brytyjskiego humoru, co świadczy o naprawdę interesującym stylu autorki. I właśnie dlatego uważam, że jej osoba powinna zostać bardziej przybliżona polskiemu czytelnikowi (zwłaszcza, że na swoim koncie ma ponad 20 wydanych powieści!). 

*Za możliwość śledzenia historii Normana i jego rybików cukrowych serdecznie dziękuję Owieczce z Wełniastego Podejścia do Literatury.


Moja ocena: 5/6

Bernice Rubens
Wybrany
Wydawnictwo Wiatr od Morza 2013
tłum. Michał Alenowicz